Kapitan Krzysztof Mucha z 6 Brygady Powietrznodesantowej po prawie 28 latach pracy odchodzi na emeryturę. To nie tylko rozstanie z mundurem i służbą wojskową - to także pożegnanie ze spadochronem.
Jak długo był Pan związany z wojskiem?
Prawie 28 lat, dokładnie 27,5 roku.
S Na czym polegała Pana służba?
Głównie zajmowałem się szkoleniem spadochronowym w 6 Brygadzie Powietrznodesantowej. Cieszę się, że był to właśnie ten rodzaj służby. Nie wyobrażam sobie, żebym mógł siedzieć za biurkiem i bić pieczątki. Praca w terenie znacznie bardziej mi odpowiada.
Ciężko było dostać się do 6 Brygady?
Żeby dostać się do 6 Brygady musiałem ukończyć kurs instruktorów spadochronowych w Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu. Miało to miejsce w 1986 roku. Wcześniej należałem do Naukowego Koła Podchorążych. Pamiętam, że na pierwsze spotkanie przyszło około 160 osób. Później wielu podchorążych zrezygnowało, gdyż przynależność do tego koła wiązała się z wieloma wyrzeczeniami. Ja miałem to szczęście, że wspierali mnie koledzy, a także dowódca, który czasem usprawiedliwiał moje nieobecności na zajęciach w szkole (uśmiech). Dzięki temu przez cztery lata mogłem skakać, a przy podziale pracy zostałem wybrany do służby w 6 Brygadzie.
Ile skoków oddał Pan w czasie służby?
Skoczyłem 804 razy.
Pamięta Pan swój pierwszy skok?
Szczerze? Tak do końca to nie. Za to dobrze pamiętam okres szkolenia i pobyt w szkole, gdzie wykonałem 45 skoków ze spadochronem. Byli koledzy, którzy mieli lepsze wyniki, ale mój też nie jest najgorszy.
Czy był taki skok, który najbardziej utkwił Panu w Pamięci?
Jest kilka takich skoków. Trudno teraz wybrać ten jeden jedyny. Dobrze pamiętam skok z samolotu An-12 (potocznie nazywany Ukrainą, zapewne pamiętają go starsi skoczkowie). Było to w 1986 roku w czasie kursu instruktorów spadochronowych. Skakaliśmy wtedy na Pustynię Błędowską za dwoma platformami spadochronowymi, które były załadowane samochodami. Najpierw były desantowane platformy, a my skakaliśmy dziesięć sekund później. Do skoków zostało wytypowanych tylko ośmiu podchorążych i dwóch sierżantów, czyli tylko ci, którzy mieli później przejść do 6 Brygady. Miałem to szczęście, że znalazłem się wśród nich. Inny pamiętny dla mnie skok miał miejsce w Tuzli podczas mojej służby na Bałkanach. Stacjonowała tam też amerykańska kompania Żandarmerii z Dywizji Spadochronowej. Amerykanie dowiedzieli się, że w Bośni służą wspólnie z polskimi spadochroniarzami i zaprosili nas do wspólnych skoków na amerykańskich spadochronach. Skoczyłem wtedy na lotnisko w Tuzli ze śmigłowca CH- 47 Chinook. W pamięć zapadły mi też skoki na poligonie Muszaki w czasie zimy. Desantowano wtedy kompanię rozpoznawczą. Były bardzo ciężkie warunki pogodowe - po wylądowaniu spadochrony ciągnęły nas przez 400-500 metrów. Zatrzymywaliśmy się dopiero na ścianie lasu. Ostatecznie skoki zostały przerwane, ze względu na bezpieczeństwo żołnierzy.

Dużo potrzeba odwagi żeby skoczyć ze spadochronem?
Na to pytanie każdy musi sobie sam odpowiedzieć. Ktoś woli posiedzieć przed telewizorem czy komputerem, a ktoś inny woli poczuć trochę adrenaliny. To zależy od indywidualnych upodobań i sprawności fizycznej, która jest niezbędna każdemu zawodowemu skoczkowi. Przede wszystkim potrzeba odwagi, żeby rzucić się w przestrzeń. Nie jest to jednak tak niebezpieczne, jak może się wydawać tym, którzy nigdy nie skakali. Jeżeli chodzi o wypadki skoczków, to jest to sytuacja analogiczna do katastrof samolotowych. Nie zdarzają się często, ale jeżeli już się wydarzą, to bardziej zapadają w pamięć, niż wypadki samochodowe, o których słyszymy niemal codziennie.
Miał Pan jakąś sytuację krytyczną podczas skoku?
Miałem jedno ratowanie. Na szczęście byłem już na tyle doświadczony, że sobie z tym poradziłem i wszystko dobrze się skończyło.
A jak wyglądał Pana ostatni skok, jakie emocje mu towarzyszyły?
To co różni ten ostatni skok od pozostałych, to związany z nim ceremoniał. Dawniej było tylko pożegnanie ze sztandarem, a teraz jest jeszcze pożegnanie ze spadochronem. Poza tym emocje za każdym razem są takie same. Ten ostatni skok wykonałem z dużej wysokości, z 4000 tysięcy metrów. Podczas spadania mogłem poczuć pęd wiatru, poświęcić czas na obserwację. Szczególne było też to, że przelatywaliśmy nad moimi rodzinnymi stronami. Dawno nie widziałem już Polski tak zasypanej śniegiem. Żal ściska, że to był już ostatni skok.
Jak wygląda taki ceremoniał pożegnalny przed ostatnim skokiem?
Po złożeniu Dowódcy meldunku o wykonaniu ostatniego skoku skoczek całuje czaszę spadochronu, mówiąc słowa "Służ bezpiecznie innym skoczkom". Towarzyszą temu szczególne emocje, zwłaszcza, że jest to pożegnanie z czymś, czemu poświęciło się wiele lat życia. Niech Opatrzność i szczęście żołnierskie sprzyja następnym skoczkom.
Czy pocałunek czaszy w Pana przypadku to definitywne pożegnanie ze spadochronem?
Nigdy nie mówi się nigdy. Jeżeli będzie jeszcze taka okazja, to chciałbym skoczyć nad moimi rodzinnymi stronami. To jest moje marzenie. Myślę też o tym, żeby spróbować czegoś nowego. Ja już smak skoków poczułe m, teraz niech młodzi skaczą.
Jest jakieś wydarzenie związane ze służbą, które najbardziej utkwiło Panu w pamięci?
Złych sytuacji nie chce się pamiętać. Tych dobrych jest mnóstwo. Szczególne było to, że udało mi się dostać do 6 Brygady, a nie na przykład do "ciężkich" garnizonów na zachodzie Polski. Tam już nie ma tego kolorytu, praca jest żmudniejsza niż w jednostce powietrznodesantowej. Tutaj byłem w ciągłym ruchu i stale miałem kontakt z ludźmi. Co więcej, dzięki służbie w wojsku mogłem cały czas realizować swoją drugą pasję jaką jest podróżowanie. W ciągu tych 28 lat nie tylko przejechałem całą Polskę wzdłuż i wszerz, ale też miałem okazję bywać poza granicami kraju. Co prawda nie były to wyjazdy turystyczne, ale dzięki nim mogłem wiele zobaczyć .
Służył Pan poza granicami kraju?
Tak, służyłem dwa razy w Bośni, w 1998 i 2006 roku, i raz w 2009 w Afganistanie. Była to nie tylko chęć niesienia pomocy, ale także ciekawość innej kultury i ludzi mieszkających w tych krajach.
Jakie ma Pan plany na przyszłość?
Planuję wrócić w swoje rodzinne strony, gdyż życie w dużym mieście już mnie męczy. Nie wyobrażam sobie mieszkania w bloku, dlatego w maju ruszam z budową domu. Nadal cenię sobie przestrzeń i ruch.
Czego życzy się spadochroniarzowi po oddaniu ostatniego skoku?
(Chwila zadumy) Niech wspomina i przeżywa ciągle na nowo to, czego już doświadczył.
|